Janusz A. Majcherek - Projekt Europa 13.10.2009 12:23
Janusz A. Majcherek
PROJEKT EUROPA
Pozytywny wynik irlandzkiego referendum oraz radość z wyboru Jerzego Buzka na prestiżowe stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego nie powinny przesłaniać nam świadomości kryzysu, w jakim tkwi UE. I nie chodzi tylko, a nawet nie przede wszystkim, o wszechobecny kryzys ekonomiczny. Najpoważniejszym problemem jest impas w procesie integracji UE, a zwłaszcza brak projektu jej kontynuacji w przyszłości, wychodzącego poza perspektywę ratyfikacji traktatu lizbońskiego, co może się zresztą dokonać za cenę oznaczającą raczej dezintegrację europejskiej wspólnoty politycznej i gospodarczej. To kryzys, który trwa od lat i końca jego nie widać. Dwa lata temu, w 94 wydaniu Przeglądu Politycznego mówił o nim dosadnie i przenikliwie redaktor naczelny włoskiego dwumiesięcznika Limes Lucio Caracciolo (w rozmowie z Paolo Morawskim). Wszystkie jego uwagi o "niedokończonym projekcie", "ideowej pustce", "braku wizji" pozostają rażąco aktualne. Dotyczy to także braku debaty, która dawałaby nadzieje na znalezienie wyjścia z impasu.
Nie ma co ukrywać, że część kłopotów Unii, to nieprzezwyciężone i odroczone skutki jej ostatniego rozszerzenia, a więc także – czy nawet przede wszystkim – przyjęcia do niej Polski. Jak to ujął Aleksander Smolar: Poszerzenie Unii Europejskiej o nowe kraje członkowskie 1 maja 2004 roku stanowiło wielki sukces ekonomiczny i polityczny. Ale nie było tak odczuwane w wielu krajach Europy Zachodniej. Poczucie obcości wobec nowych krajów członkowskich ujawniły referenda w sprawie konstytucji europejskiej we Francji i Holandii. Jednomyślne komentarze podkreślały, że "nie" w obu krajach zwrócone było m.in. przeciwko ostatniemu rozszerzeniu Unii, które objęło m.in. Polskę.
Dlatego my, Polacy, jesteśmy w pewien sposób zobowiązani do opracowania i przedstawienia projektu mogącego pozwolić na przezwyciężenie tych kłopotów i nadanie Unii Europejskiej nowego wymiaru. Gdybyśmy to uczynili, zwiększyłoby się prawdopodobieństwo, że przyszły kształt Unii będzie bardziej zgodny z naszymi interesami, oczekiwaniami i nadziejami. W przeciwnym wypadku grozi nam powstanie projektów czy ujawnienie się tendencji skierowanych przeciw naszym interesom, oczekiwaniom i nadziejom, a przynajmniej je ignorujących, co będzie oznaczać wykluczenie Polski z procesów decyzyjnych i zepchnięcie na margines europejskiej polityki. Albo więc weźmiemy aktywny udział w nadawaniu Unii Europejskiej nowego kształtu, albo zostanie on jej nadany bez nas. Jest jeszcze trzecia ewentualność: permanentna stagnacja, oznaczająca w dłuższej perspektywie uwiąd europejskiej wspólnoty, co byłoby dla nas dotkliwe, a nawet złowrogie.
Za niecałe dwa lata nastąpi półroczna polska prezydencja. Polska obecność w Europie stanie się wyraźniej dostrzegalna, a polski głos w niej lepiej słyszalny i uważniej słuchany. To byłaby doskonała okazja do zaprezentowania i zdobycia szerokiego zainteresowania dla polskiego pomysłu na rozwój Unii Europejskiej. Jest jeszcze wystarczająco dużo czasu aby go dobrze przemyśleć, przedyskutować i przygotować.
Obecnie wydaje się, że są trzy najważniejsze wyzwania i związane z nimi niebezpieczeństwa dla Polski i Unii, którym trzeba stawić czoła: renacjonalizacja polityki państw członkowskich i związane z tym odrodzenie protekcjonizmu; powstawanie "Europy różnych prędkości", czyli różnych stopni i kręgów integracji oraz form uczestnictwa w strukturach unijnych, z Polską usytuowaną na uboczu, a także – po trzecie – zwycięstwo antyamerykańskich i rusofilskich skłonności w dyplomacji europejskiej, oznaczających nie tylko wykluczenie Polski z jej głównego nurtu, ale także zignorowanie naszych interesów, a nawet poświęcenie ich dla dobrych stosunków z Rosją.
Antyamerykanizm i rusofilia
Zwycięstwo Baracka Obamy radykalnie osłabiło antyamerykanizm części europejskich elit i niektórych społeczeństw. Niebezpieczeństwo budowania Europy jako projektu antyamerykańskiego, całkiem realne w czasach Chiraca i Schroodera, a wyrażone w głośnym manifeście Habermasa i Derridy (uznającym antyamerykańskie manifestacje przeciw interwencji w Iraku za powstanie europejskiej opinii publicznej), dziś jest znacznie słabsze. W europejskich elitach i społeczeństwach szerzy się raczej "obamomania" i nadzieja (na ogół mglista) na europejsko-amerykańskie zbliżenie.
Pojawiło się jednak niebezpieczeństwo nowe i dość niespodziewane: że jedną z podstaw takiego zbliżenia będzie podobna uległość wobec Rosji (a przynajmniej naiwność wobec niej), łącząca tradycyjne elity europejskie i nową administrację amerykańską. Dostrzeżeniu takiego niebezpieczeństwa i poważnemu zaniepokojeniu nim dali wyraz w spektakularny sposób byli prezydenci, premierzy i ministrowie państw środkowoeuropejskich w lipcowym liście otwartym do prezydenta Obamy. Zachodnioeuropejsko-amerykańskie zbliżenie poprzez wspólną uległość wobec Rosji wywołuje we wschodniej Europie skojarzenia z Jałtą, podobnie jak dwustronne uzgodnienia niemiecko-rosyjskie, ignorujące interesy państw tego regionu – z paktem Ribbentrop-Mołotow (co explicite wyraził niegdyś minister Sikorski, odnosząc się do niemiecko-rosyjskiego projektu rurociągu po dnie Bałtyku). Czy to reminiscencje i skojarzenia pochopne, a niebezpieczeństwo wyolbrzymione?
Z Waszyngtonu popłynęły uspokajające zapewnienia, wyrażane nie tylko przez przedstawicieli nowej ekipy rządzącej. Jednak tacy analitycy europejscy, jak Dominique Moisi z Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych, twierdzą, że przywołane zapewnienia to tylko rutyna i konwenans, a w istocie Stany Zjednoczone rzeczywiście przestają się interesować regionem, który nie sprawia żadnych kłopotów, bo tych ma wiele gdzie indziej. I – dodajmy – Rosja w ich rozwiązywaniu może być Obamie potrzebna. Paradoksalnie, niektórzy politycy i komentatorzy traktują wręcz brak zainteresowania amerykańskiej administracji Europą Środkowo-Wschodnią jako wyraz stabilizacji, świadczący o niezagrożonej sytuacji te- go regionu. Tenże Dominique Moisi zdaje się zatem dowodzić, że w okresie rządów Obamy Polacy i inni wschodnioeuropejczycy nie będą musieli wybierać między Europą a Ameryką, jak było za czasów Busha jr. To jednak marna pociecha, gdyby miała oznaczać upodobnienie europejskiej i amerykańskiej polityki wobec Rosji na płaszczyźnie uległości wobec niej.
Można się natomiast pocieszać, że Stany Zjednoczone nawet pod kierownictwem najbardziej lewicowego prezydenta będą i tak bardziej liberalne, wolnorynkowe i zdystansowane wobec Rosji, niż wielu centrowych przywódców liberalnych państw europejskich. Tarcza antyrakietowa nie jest pomysłem na wzmocnienie polskiego, lecz amerykańskiego bezpieczeństwa. Toteż w chwili, gdy Ameryka porzuca plany jej instalacji w Europie Środkowej, warto przemyśleć formę solidnej rekompensaty niż rozdzierać szaty nad fiaskiem tego przedsięwzięcia. Polityka redukcji zbrojeń i plany amerykańsko-rosyjskich uzgodnień w tej kwestii niepokoją rosyjską generalicję, która obawia się, że doprowadzi to do zmniejszenia ich arsenałów do poziomu porównywalnego z francuskim czy brytyjskim, co uczyni Rosję państwem drugiej kategorii, umacniając pozycję USA jako jedynego supermocarstwa. Wielu komentatorów uważa to za i tak nieuniknione, bo rosyjskie urządzenia i systemy militarne są na tyle przestarzałe, że nadają się jedynie na złom, a nowych nie ma za co budować i instalować w kraju dotkliwie przeżywającym ogólnoświatowy kryzys. Przy okazji przypominano, że rosyjski potencjał gospodarczy jest kilkunastokrotnie słabszy od amerykańskiego, więc układ sił pomiędzy tymi partnerami gwarantuje wyraźną przewagę jednego z nich – zwłaszcza gdyby spełniło się marzenie Obamy o wyeliminowaniu broni atomowej (także z rachunku sił i porównań potencjałów). Zatem "reset" w stosunkach amerykańsko-rosyjskich wcale nie musi oznaczać wzmocnienia pozycji Rosji.
Być może jeszcze bardziej od amerykańskiej przewagi pocieszająca jest dla nas – wykazana w wyborach do Parlamentu Europejskiego – słabość zachodnioeuropejskiej, rusofilskiej z reguły lewicy, zwłaszcza niemieckiej. Dlatego w polskim interesie leży, by zwycięstwo CDU we wrześniowych wyborach do Bundestagu przełożyło się na powstanie chadecko-liberalnego rządu pod kierownictwem Angeli Merkel, a następnie zacieśnienie z nią już i tak dobrych stosunków.
W perspektywie jest nadzieja na wykrystalizowanie się nowej polsko-niemieckiej wspólnoty interesów, której brak tak dotkliwie odbił się na wzajemnych stosunkach w ostatnich latach i pośrednio przyczynił do nasilenia europejskich kłopotów. Być może to już nadmiar optymizmu, ale byłoby wielce pożądanym, aby nowy projekt europejski (czy choćby tylko jego zarys) powstał w ramach polsko-niemieckiej kooperacji. Federalistyczne doświadczenia powojennych i współczesnych Niemiec mogłyby się okazać w tym bardzo przydatne (o federalistycznej drodze wyjścia z impasu, w jakim tkwi europejska integracja, ciekawie i przekonująco mówił we wspomnianej rozmowie w PP Lucio Caracciolo).
Przeciw nacjonalizmowi i protekcjonizmowi
To jednak wymaga stawienia czoła największemu i najbardziej aktualnemu zagrożeniu dla europejskiej integracji, jakim jest renacjonalizacja polityki jej państw członkowskich oraz czający się za nią protekcjonizm, tak kuszący w okresie gospodarczego kryzysu.
Pojawienie się narodowej ideologii, a następnie narodowych egoizmów w dziewiętnastowiecznej polityce europejskiej sprowadziło nieszczęścia na Europę i na nasze aspiracje wolnościowe. Przenikliwie pisał ostatnio w PP Marek Kornat: W wieku XIX sprawa polska była istotnym czynnikiem polityki międzynarodowej, ale było tak tylko dopóki liberalizm i zasada narodowości tworzyły jedność. To wszakże uległo zasadniczej zmianie nie tylko dlatego, że po Pokoju Frankfurckim i ustanowieniu przewagi Niemiec na kontynencie wygasła koniunktura dla sprawy polskiej, ale również z powodu triumfu nacjonalizmu integralnego nad uniwersalizmem.
Świadomość tego nie jest w Polsce pełna, a wnioski nie do końca wyciągnięte, bo ideologia narodowa opanowała też polską myśl i kulturę polityczną. Trzeba więc powtarzać stale, że stosunki wewnątrzeuropejskie oparte na formule rywalizacji narodowej prowadzą Polskę do klęski, bowiem jesteśmy narodem słabszym od co najmniej kilku europejskich, a za sąsiada mamy najsilniejszy z nich (tuż za wschodnimi rubieżami zaś – najbardziej ze wszystkich obecnie ekspansjonistyczny i rewizjonistycznie nastawiony wobec sąsiadów). Odradzanie się i umacnianie tendencji nacjonalistycznych w niektórych państwach europejskich, ujawnione podczas i w wyniku niedawnych eurowyborów, powinno być w Polsce przyjmowane bardzo poważnie i krytycznie. Tym bardziej, że niekiedy ma też wyraźne ostrze antypolskie (skierowane przeciw Polakom jako największej grupie etnicznej wśród pracowników napływających z nowych państw członkowskich, oskarżanych o zajmowanie lokalnych miejsc pracy i nierespektowanie lokalnych wzorów kultury, uważanych tam za "europejskie").
Pierwsze, co możemy zrobić, to oddalać nacjonalistyczne pokusy od samych siebie. Cieszmy się, że środowiska i partie o takich skłonnościach przegrały w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego. Wprawdzie nie można mieć chyba nadziei by Jarosław Kaczyński zrozumiał, że polityka konfrontacji egoizmów narodowych, którą uważa za właściwą lub co najmniej nieuniknioną, skazuje nas na klęskę w konfrontacji z potężnymi Niemcami, których tak nie lubi i tak się boi. Pozostaje więc mieć nadzieję, że wpływ jego i jego brata na polską politykę (a zbliżonych do nich ideologów – na polską myśl polityczną) będzie słabł.
Z drugiej zaś strony stawienie czoła protekcjonizmowi i renacjonalizacji polityki niektórych państw europejskich byłoby znacznie łatwiejsze we współdziałaniu z takim partnerem jak Niemcy. Prezydent Horst K¨ohler po swojej reelekcji pierwszą wizytę złożył w Warszawie, wyraźnie zaznaczając zamierzoną i symboliczną wymowę tego gestu oraz żarliwie zachęcał do zacieśnienia polsko-niemieckiej współpracy. Gazeta Wyborcza (z 14 lipca 2009) zanotowała wypowiedź jednego z towarzyszących mu niemieckich dyplomatów: Nasz prezydent uważa, że UE wpadła w marazm. Szuka dla niej nowych impulsów. Najchętniej robiłby to wspólnie z Polakami. Zignorowanie takich sygnałów byłoby ślepotą i głupotą, roztropność wymaga wyciągnięcia z nich konstruktywnych wniosków, gdy tylko ukonstytuuje się nowy niemiecki rząd. Z otoczeniem prezydenta powinny być już nawiązane studialne kontakty. Choć prezydent nie odgrywa w Niemczech roli stricte politycznej, to jednak dysponuje autorytetem i pozycją nie do przecenienia w kwestiach mających symboliczną wymowę.
Znany bułgarski analityk Iwan Krastew uważa, że także w kwestii stosunków UE – Rosja jedynie wspólne przywództwo niemiecko-polskie mogłoby doprowadzić do ustalenia takiej polityki. A niedawne wybory w Niemczech dają nadzieję na to, że takie łączone przywództwo jest możliwe (Gazeta Wyborcza z 3 – 4 października).
Zróbmy to z Niemcami
Wzmocnienie tych i podjęcie innych (nieformalnych) kontaktów jest tym bardziej ważne, gdyż w instytucjach europejskich znajdują posłuch i wyraz tendencje przeciwne. Udzielona na życzenie czy wręcz żądanie Irlandii zgoda na pozostawienie w Komisji Europejskiej przedstawiciela każdego kraju członkowskiego, cofa proces integracji i zaburza jego logikę. Umacnia bowiem nie tylko partykularyzmy i podziały państwowo-narodowe (komisarze, czyli ministrowie europejscy reprezentują w tej formule poszczególne państwa, a nie ugrupowania polityczne dominujące w europarlamencie), lecz także utrwala elementy niedemokratyczne w organizacji i funkcjonowaniu instytucji europejskich, osłabiając wpływ wyborców (komisarza desygnuje rząd danego państwa, nawet jeśli tworząca go partia poniosła klęskę w wyborach do Parlamentu Europejskiego, których znaczenie w ten sposób ulega osłabieniu). W skrócie rzecz ujmując: w ten sposób powiększa się w Unii Europejskiej deficyt demokracji, na który tak utyskują liczni analitycy i komentatorzy procesów europejskiej integracji.
Należy przy tym pamiętać, że to instytucje europejskie (chciałoby się powiedzieć: paneuropejskie) są najważniejszą przeszkodą dla szerzących się tu i ówdzie tendencji protekcjonistycznych. Prezydent Francji może rozgłaszać wszem i wobec swoje coraz bardziej absurdalne pomysły na ochronę francuskiego przemysłu, rynku i miejsc pracy, ale dopóki unijny komisarz do spraw konkurencji ma dotychczasową pozycję i władzę, dopóty nie pozwoli na ich urzeczywistnienie. Aby zyskać co do tego pewność, należałoby więc umocnić pozycję i władzę komisarza. Wypada do tego dodać jeszcze jedną uwagę. Otóż ten sam unijny urząd zmusił polski rząd i związkowców do zaprzestania dotacji na rzecz naszych stoczni. Musimy więc wyzbyć się sami skłonności protekcjonistycznych, jeśli nie chcemy by odżyły one w Europie. Gdyby bowiem odżyły, ponieślibyśmy większe straty, niż odnieśli korzyści. Tak jest w przypadku renacjonalizacji polityki wewnątrzeuropejskiej.
Integracja przede wszystkim
Sprawy, o których piszę już ściśle wiążą się z kwestią pogłębiania integracji, a więc z umacnianiem ponadnarodowych instytucji europejskich.
Dotychczas podstawowy dylemat UE przedstawiano jako wybór między pogłębianiem a rozszerzaniem, czyli głębszą integracją lub szerszym otwarciem na nowych członków. Jako swoisty wariant kompromisowy czy pośredni pojawiła się formuła "Europy różnych prędkości", a więc różnych stopni integracji, czyli w istocie form członkostwa. Ten rzekomy kompromis jest obecnie w pewnej postaci realizowany, gdyż kraje członkowskie UE mają aktualnie różny status, wyznaczony przez przynależność lub brak przynależności do dwóch stref: wspólnej waluty (strefa euro) i wspólnego obszaru wizowego (strefa Schengen) oraz dodatkowe kryteria i bariery (np. swobody zatrudnienia). Jak już stwierdzono i co łatwo spostrzec, nie rozwiązuje to podstawowych problemów UE, a niektóre z nich pogłębia czy wręcz wywołuje. Formuła "różnych prędkości", czyli różnych form członkostwa dezorganizuje Unię i uniemożliwia nadanie jej spoistości, dzieli bowiem kraje członkowskie na różne kategorie i subkategorie, segregujące i separujące je. Utrzymywanie takiego stanu zwiększa groźbę realizacji pomysłu niekorzystnego i dla Polski, i dla Unii: ustanowienia "twardego jądra" kilku wzajemnie dobranych państw, które utworzą centrum konsultacyjno-decyzyjne, narzucające swoje ustalenia pozostałym państwom członkowskim i ich społeczeństwom.
Zaniechanie formuły "różnych prędkości" i powstrzymanie groźby wyłonienia "twardego jądra", poprzez uzyskanie jednakowego statusu (formy członkostwa) wszystkich krajów UE, wymaga czasu – zwłaszcza na spełnienie kryteriów z Maastricht, umożliwiających przystąpienie do strefy euro. Rozszerzanie Unii, czyli przyjmowanie w tym czasie nowych państw, kłóci się z taką strategią, bo oznaczałoby pojawianie się wewnątrz UE coraz to nowych krajów o jeszcze innym statusie. Ujednolicanie członkowskiego statusu wewnątrz UE odsuwa więc perspektywę akcesji krajów aspirujących na jeszcze odleglejszą przyszłość (może wręcz na zawsze). Gdy bowiem wszyscy członkowie będą mieć jednolity, pełnoprawny status, oparty na licznych i wygórowanych kryteriach, ich spełnienie stanie się jeszcze trudniejsze. Być może będzie to oznaczało definitywne zakończenie procesu rozszerzenia, być może "tylko" odsunięcie jego kolejnych kroków na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Nie tylko członkostwo
Dążenie do ujednolicenia form członkostwa i statusu wewnątrz Unii leży w polskim interesie, bowiem nasz kraj i jego obywatele są pod tym względem pokrzywdzeni – nie korzystają ze wspólnej waluty i nie we wszystkich państwach członkowskich mają prawo swobodnego zatrudnienia. Wiążące się jednak z ujednoliceniem statusu państw członkowskich i ich obywateli zaniechanie przyjmowania nowych członków, oznacza kłopotliwe dla polskiej dyplomacji odłożenie ad Kalendas Graecas kwestii członkostwa Ukrainy.
Należy jednak uczciwie powiedzieć, że do ukraińskich problemów przyczynili się głównie sami Ukraińcy (a przynajmniej ich polityczne elity), zaś w obecnej atmosferze panującej w kluczowych państwach Unii jej dalsze rozszerzanie wydaje się po prostu nierealne. Trzeba więc porzucić dotychczasową bałamutną strategię hojnego obiecywania członkostwa w UE jako bodźca mającego stymulować władze i społeczeństwa państw z obrzeża Unii do demokratycznych i rynkowych przekształceń, ale nie powodując ich odwrotu od tych przekształceń. To wymaga finezyjnych pomysłów i poczynań.
W takiej sytuacji staje kwestia przyszłego statusu Ukrainy i Białorusi, a mówiąc wprost: niedopuszczenia do ich zwasalizowania czy podporządkowania przez Rosję. Polsko-szwedzka inicjatywa Partnerstwa Wschodniego jest zbyt mglista i niekonsekwentna. Niewykluczone, że wobec oficjalnego czy nieoficjalnego zamknięcia granic UE dla nowych państw, potrzebne okaże się ustanowienie zinstytucjonalizowanej formuły państwa stowarzyszonego. To jednak otworzyłoby kwestię objęcia nią państw północnoafrykańskich (Unia Śródziemnomorska), forsowanego przez Francję, ale nieakceptowanego przez inne państwa członkowskie (narastające w nich nastroje kierują się przede wszystkim przeciw przybyszom z państw arabskich i muzułmańskich). Tą kwestią akurat głowy sobie jednak zaprzątać, na szczęście, nie musimy. Mówiąc dosadnie, możemy spokojnie czekać, aż Holendrzy, Belgowie, Niemcy i Austriacy wybiją Francuzom z głów Unię Śródziemnomorską, mogącą prowadzić do jeszcze liczniejszej obecności w Unii Europejskiej Afrykanów, Arabów i muzułmanów, których i tak już tu mają dosyć.
Poprawka na kulturę
Po europejskich salonach krąży opowieść, jakoby Jean Monnet, jeden z Ojców Założycieli wspólnoty europejskiej, miał powiedzieć na łożu śmierci, że gdyby dane mu było jeszcze raz inaugurować procesy europejskiej integracji, to zacząłby od kultury. Jeśli ta historia jest prawdziwa, to można się cieszyć, że Monnet nie miał drugiej szansy i jednoczenie Europy zaczęło się od węgla i stali, a potem wkroczyło w fazę wspólnego rynku, pozostawiając kwestie kultury na uboczu. Dziś bowiem widać wyraźnie, że różnice kulturowe między rozmaitymi narodami i społecznościami zamieszkującymi Europę są nie tylko zbyt duże, aby zredukować je do jakiejś wspólnej płaszczyzny (sprowadzić do wspólnego mianownika czy wzoru), lecz to właśnie lęk przed zamiarami dokonania takiej redukcji wyzwala najsilniejsze opory przeciw dalszej integracji. Wiele narodów i społeczności boi się zatracenia swej odrębności kulturowej, odebrania im swobody kultywowania własnego stylu życia, narzucenia obcych im wzorów czy reguł obyczajowych. To są bardzo ważne powody ich protestów przeciw pogłębianiu integracji, a zwłaszcza rozszerzaniu na inne kulturowo obszary.
Lęki takie i obawy nie są bezzasadne, a polityka prowadzona przez niektóre paneuropejskie instytucje cechuje się wewnętrznymi sprzecznościami, by nie powiedzieć – schizofrenicznym rozdwojeniem. Z jednej strony promowana jest kulturowa różnorodność i oryginalność, zwłaszcza na poziomie regionalnym i etnicznym – chronione są odrębności i kulturowy dorobek małych wspólnot. Z drugiej – narzucane są lub co najmniej propagowane uniwersalne rozstrzygnięcia w kwestiach obyczajowych i stylu życia, takie jak legalizacja związków homoseksualnych czy aborcji, feministycznie rozumiane prawa kobiet czy metody wychowania dzieci, a także rozmaite prawa socjalne, niekiedy rozmijające się z lokalnymi sposobami życia. Problem nabrzmiewa, ponieważ tego rodzaju unifikacyjne skłonności są przez przeciwników integracji wykorzystywane jako straszak, używany wobec rodzimych społeczności, by nastroić je antyeuropejsko. Te zaś coraz bardziej obawiają się, że Unia Europejska narzuci im reguły i normy niszczące ich tradycyjny sposób życia, którego będą się musieli wyrzec.
Pożądane byłoby rozproszenie tych obaw. Właściwym rozwiązaniem mogłaby się stać poprawka do europejskiej konstytucji, czyli traktatu lizbońskiego, wyraźnie zakazująca instytucjom europejskim wprowadzania regulacji naruszających tradycje kulturowe społeczności i grup zamieszkujących Unię Europejską, z wyjątkiem tych tylko, które są sprzeczne z podstawowymi prawami człowieka. Niedopuszczalne jest aby państwa członkowskie UE miały w tych kwestiach mniejszą autonomię niż amerykańskie stany. Poprawka gwarantująca zachowanie takiej autonomii mogłaby zostać zgłoszona właśnie przez Polskę, w porozumieniu z innymi państwami, zwłaszcza tzw. "starej Europy" – najlepiej z Niemcami. Udzielone w ten sposób gwarancje osłabiłyby opory przeciw integracji, zaś wyłączenie kultury z procesów integracyjnych pozwoliłoby też uniknąć niebezpieczeństw związanych z jałowymi dywagacjami o kulturowych fundamentach czy granicach Europy. Są one jałowe, gdyż tworzenie wspólnoty politycznej może i powinno być od kultury w znacznym stopniu uniezależnione. Niebezpieczeństwo zaś tkwi w tym, że próby ustalenia kulturowych podstaw czy wyznaczników Europy prowadzą do nieusuwalnych rozbieżności w tej kwestii, skutkujących dezintegracją; jedni chcą budować na fundamencie chrześcijaństwa, inni – dorobku cywilizacji antycznej, jeszcze inni – ideologii oświeceniowej, kolejni – na wartościach liberalnych, ich oponenci – na prawach socjalnych itd. itp. Unia Europejska ma być i pozostać projektem politycznym i – zwłaszcza – ekonomicznym, dlatego zbędne jest odwoływanie się do istniejących w Europie kultur oraz dywagowanie o ewentualnej ich jedności czy podobieństwie, a niedopuszczalne powinno być dążenie do zaprowadzenia jakiejkolwiek kulturowej jednolitości.
Wszystkie przedstawione powyżej problemy jakoś się ze sobą wiążą. Status Ukrainy i Białorusi ma związek z polityką UE wobec Rosji, a ta może być konsekwentna i skuteczna tylko wtedy, gdy będzie prowadzona przez silną, zintegrowaną Unię Europejską, nie przez pojedyncze jej państwa członkowskie, rozgrywane wzajemnie przeciw sobie przez Kreml w celu dezintegracji Unii. Wejście Polski do strefy euro łączy się z obsadą Komisji Europejskiej (nie będąc w tej strefie mamy kłopoty z uzyskaniem komisarza w którymś z kluczowych europejskich resortów gospodarczych, nawet jeśli rządząca w Polsce partia jest jednym z największych uczestników frakcji dominującej w europarlamencie). Powstrzymanie renacjonalizacji i tendencji protekcjonistycznych wymaga wzmocnienia ponadnarodowych instytucji europejskich, a to wiąże się z pogłębieniem integracji. Ta jest niemożliwa bez ujednolicenia statusu państw członkowskich. Wyłączenie kultury z procesów unifikacyjnych pozwoliłoby – paradoksalnie – na zintensyfikowanie integracji. Status państwa stowarzyszonego jest sensowny dopiero po decyzji o zakończeniu czy zawieszeniu rozszerzania UE.
Ułożenie tych powiązanych ze sobą kwestii w uporządkowany system konkretnych rozwiązań, mogący się stać nowym europejskim projektem, to przedsięwzięcie równie trudne, co pożądane. Bez jego podjęcia impas w Unii Europejskiej będzie trwał nadal. Janusz A. Majcherek – profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Ostatnio opublikował książkę "Demokracja, przygodność, relatywizm". Stale współpracuje z "PP", w nr 99 ukazał się jego artykuł "To tylko historia".
Janusz A. Majcherek – profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Ostatnio opublikował książkę "Demokracja, przygodność, relatywizm". Stale wspołpracuje z "PP", w nr 99 ukazał się jego artykuł "To tylko historia".