Jan Tomkowski: Niedziela w Spandau 25.08.2010 12:44

W końcu kwietnia, a więc raczej na urodziny Adolfa Hitlera niż Alberta Speera, warszawskie wydawnictwo Magnum opublikowało niezwykły dokument: liczące ponad 500 stron Dzienniki ze Spandau Speera. Po przetłumaczonych wiele lat temu Wspomnieniach, jest to kolejna lektura obowiązkowa dla wszystkich, którym bolesne zagadki XX wieku jeszcze nie zobojętniały.

Od przeszło sześćdziesięciu lat prawie nikt nie obchodzi urodzin Hitlera – chyba że potajemnie. W mojej rodzinnej biblioteczce zachował się wydany podczas okupacji samouczek do nauki języka niemieckiego. Jeden z trzydziestu rozdziałów tej książeczki, zatytułowany Geburtstag, dotyczy właśnie urodzin ówczesnego wodza – z upływem lat obchodzonych zresztą coraz bardziej kameralnie. Po raz ostatni ceremonia urodzinowa odbyła się 20 kwietnia 1945 roku już w bunkrze Kancelarii Rzeszy. Trzy dni potem Albert Speer złożył Hitlerowi ostatnią, pamiętną wizytę. Dziesięć dni po swoich pięćdziesiątych szóstych urodzinach Hitler już nie żył. Natomiast jego minister „do spraw uzbrojenia i amunicji” oddał się w ręce sprawiedliwości, został aresztowany i osądzony w Norymberdze. Odsiedział cały wyrok: dwadzieścia długich lat w więzieniu Spandau, które stało się sławne dzięki siedmiu skazańcom umieszczonym tam w 1947 roku – wszyscy byli wysokimi funkcjonariuszami hitlerowskiego reżimu.

Jesteśmy w Berlinie, bawimy się w turystów po raz pierwszy odkrywających to dziwne miasto. Oglądamy Vermeera w Gemäldegalerie – dwa zawieszone obok siebie obrazy tego mistrza to wielka rzadkość. Największe muzea świata mają co najwyżej jeden jego obraz, większość – żadnego. Podziwiamy Wyspę umarłych Arnolda Böcklina (jedną z pięciu wersji głośnego arcydzieła), i ciemnego Watteau, i fotografie Helmuta Newtona, zapowiadające niekiedy dwuznaczny romans z poetyką tabloidu. Potem Tiergarten i Moabit, jakiś spacer śladami Roberta Musila. Wszystko trochę banalne, więc porzucamy stare bedekery, by trafić nieuchronnie na skrzyżowanie Ministergärten i Gertrud-Kolmar-Strasse, gdzie stoi już tablica informacyjna. Nieistniający od lat bunkier Hitlera znów ożywa w naszej imaginacji. Miejsce wydaje się niepozorne, powietrze czystsze niż w podziemnych labiryntach, cisza całkiem niespodziewana, mimo obecności kilkunastu turystów. Na stacji metra Mohrenstrasse żadnej tablicy na razie nie ma. Ale wtajemniczeni dobrze wiedzą, skąd wziął się ten śliczny czerwony marmur użyty do budowy podziemnych filarów. Prosto z sali mozaikowej Kancelarii III Rzeszy.

Wreszcie jedziemy na zachód – niedzielnym, prawie pustym pociągiem wprost do Spandau, gdzie ożywa pruski duch z epoki napoleońskiej. Kolorowe mundury, fantazyjne kapelusze, stylowe karabiny, jest nawet armata i marszowy krok. Obok oddziału sprzed dwóch stuleci pedałuje roześmiana rowerzystka. Nieco dalej swinguje orkiestra w białych garniturach i słomkowych kapeluszach. Mieszają się nam epoki, gdy podziwiamy prawie puste wnętrze kościoła świętego Mikołaja. To stąd posyłano co roku do więzienia w Spandau wieniec adwentowy. Na choinkę Rosjanie nie pozwalali. Ubieranie choinki przez więźniów wymagało zgody administracji reprezentującej cztery mocarstwa. Zakazane były początkowo rozmowy, dozwolona natomiast praca w ogrodzie. Zaskakujące czasem przepisy zmieniały się z roku na rok – Speer i jego koledzy mogli zatem uprawiać warzywa, ale już zjadać je musieli potajemnie. Autor Dzienników ze Spandau wolał zresztą hodować kwiaty, czego też początkowo zabraniano, choć później więzienny ogród stał się prawdziwą dumą alianckich wartowników i ich przełożonych.

Przy wejściu do kościoła kupujemy pocztówki z fotografią wspaniałej barokowej ambony, której wdzięk i symetrię zdaje się niszczyć brzydki mikrofon ułatwiający pracę pastorowi. Na pocztówce mikrofonu na szczęście nie ma. Za to ambona – w kościele czarna jak otchłanie duszy Marcina Lutra – na pocztówce ma kolor kremu waniliowego.

Tuż obok znajduje się miejska biblioteka, z której zbiorów korzystał być może najsławniejszy obok Rudolfa Hessa więzień Spandau. Niestety, jest niedziela i nie możemy zapytać, czy zachowały się rewersy wypożyczanych pół wieku temu książek. Może rewersów zresztą w ogóle nie było? Któż miałby jeszcze dziś pamiętać kłopotliwego czytelnika, któremu potrzebne do pracy pozycje sprowadzano nawet z księgozbioru politechniki berlińskiej?

Czytał pięć godzin dziennie, pochłaniał książki, których nie zdążył przeczytać jako architekt, a później minister Adolfa Hitlera. Towarzystwo więźniów i chętnych na ogół do pogawędki strażników nie satysfakcjonowało prawdziwego intelektualisty. Kłótnie z admirałem Dönitzem, dialogi ze starym schorowanym Neurathem i zdziwaczałym Hessem nie dostarczały zbyt wielu emocji. W pojedynczych celach brakowało oczywiście odbiorników radiowych, a prasę codzienną zaczęto dostarczać dopiero w 1954 roku! Jeszcze później, na parę lat przed zwolnieniem, Speer zdołał przemycić mały japoński tranzystor, służący mu zresztą głównie do słuchania muzyki. Idealne wprost warunki, by celę więzienną przeobrazić w bibliotekę – tym bardziej, że aliancka cenzura zabraniała jedynie (i to tylko w pierwszych latach) książek dotyczących historii współczesnej.

Powieści, dramaty, opisy podróży, zbiory korespondencji, rozprawy z dziedziny architektury i malarstwa, traktaty filozoficzne i teologiczne – wszystkie te skarby przeszły w ciągu dwudziestu lat przez ręce Speera. Dzienniki ze Spandau nie przynoszą zbyt wielu komentarzy do przeczytanych lektur. Ale ich lista jest ważna. Czytanie buduje bowiem nową perspektywę dla tematu, wokół którego krąży nieustannie myśl autora. Sąd nad Hitlerem odbywa się teraz w nowych okolicznościach. Książki pozwalają spojrzeć inaczej na problem winy, odpowiedzialności, słuszności dokonywanych podczas wojny wyborów.

Speer próbuje czytać protestanckiego teologa Karla Bartha (sześć tomów Dogmatyki!), zagląda do Jaspersa i Heideggera, przypomina sobie klasyków. Przez pewien czas bawi się w teatr, studiując co wieczór jeden z dramatów Goethego, Schillera, Kleista albo Schnitzlera. Na wolności gardził beletrystyką. Teraz przeżywa Wilka stepowego Hermanna Hessego, interesuje się Stefanem Zweigiem, prosi o Turgieniewa, Maupassanta i D. H. Lawrence'a. Jego uwagę przyciąga Henry James. Wypożycza arcydzieła Jonathana Swifta i Stendhala, bulwersuje go lektura Dróg wolności Sartre'a. Popełnia chyba jakąś nielojalność wobec swej przeszłości, gdy w prozie Tomasza Manna szuka klucza do współczesności i znajduje go akurat w Buddenbrookach.

Nie umiem dziś powiedzieć, czy moja znajomość z niemiecką prozą zaczęła się od tej właśnie powieści, czy raczej od Czarodziejskiej góry? W każdym razie – Mann był pierwszy, a dopiero po nim Hesse. Takie zestawienie nie pozostawia wątpliwości, że mały Hanno, niespełniony artysta musiał być dla mnie siłą rzeczy postacią pierwszoplanową, bez porównania ważniejszą niż jego przodkowie, którym poszczęściło się w interesach.

Speer czyta tę powieść zupełnie inaczej. Dostrzega w niej obraz wyczerpywania się energii niemieckiego mieszczaństwa. Oczywiście, można i tak, ale właśnie charakterystyczne rozłożenie akcentów zdaje się świadczyć, że polityk bierze w nim górę nad artystą. A przecież w swoich Dziennikach przekonuje nas, że zawsze chciał być raczej architektem niż człowiekiem władzy. Dowodził, że jest w Spandau jedynym artystą, choć uwięziony razem z nim Baldur von Schirach, przywódca Hitlerjugend, a następnie gauleiter Wiednia, także pisał swego czasu propagandowe wiersze. Podobnie zresztą jak Rudolf Hess!

W maju 1954 roku, gdy nie było mnie jeszcze na świecie, Albert Speer rozpoczął lekturę Józefa i jego braci Tomasza Manna. Odkupiłem kiedyś tę powieść od biblioteki publicznej, gdzie nikt jej nie czytał. Brzydkie fioletowe stemple pozalepiałem kolorowymi reprodukcjami zabytków sztuki egipskiej. To wydanie stoi u mnie do dziś. Speer cieszył się, że książka ma dwa tysiące stron. Czytam trzydzieści stron dziennie. Mam czas. Zanotował jeszcze, że za oknem śpiewa kos.

Nie słyszymy ptaków, gdy podążamy brzegiem Haweli na północ i bez trudu znajdujemy Cytadelę – wszędzie prawie ten sam widok: ceglany mur i soczysta zieleń, budka strażnicza pomalowana w czarne i białe pasy. Drewnianymi schodami dostajemy się na starą basztę Juliusturm, z której widać panoramę Berlina – nie tak efektowną jak choćby z platformy widokowej dzisiejszego Reichstagu, nieco zamgloną, bo w nocy padało i nad miastem wiszą jeszcze chmury. Trafiamy na warsztaty rzeźbiarskie, młoda artystka w maseczce rozbija zawzięcie młotkiem oporny kamień, zwiedzamy skromne muzeum regionalne. Za nami snują się nieliczni turyści, trochę bezradni, niepewni, czy ta koszarowa architektura warta była niedzielnej wycieczki.

Staję przy oknie – przez solidne żelazne pręty widać trochę zieleni, a dalej już rzekę. Jest spokojnie i cicho.

Jak w klasztorze Maria Laach, do którego chronił się w ostatnich latach Albert Speer. Powiedział w rozmowie z Joachimem Festem, że klasztor przypomina mu Spandau. Nie chce, ale musi wracać. Tu i tam – cela, skąpe wprawdzie, jednak regularne posiłki, starannie wyznaczone godziny pracy, cisza, grube mury odgradzające od hałaśliwej rzeczywistości. Wewnętrznego spokoju szukał chyba do końca swoich dni...

Cytadela, po której błądzimy, jest atrakcją turystyczną, choć zapewne mniej pociągającą niż Charlottenburg albo Sanssouci. Może być także metaforą położonego przy Wilhelmstrasse więzienia Spandau, którego już nie ma. Zburzono je po śmierci ostatniego więźnia.

W 1966 roku, gdy Speer i Schirach wyszli na wolność, w Spandau pozostał sam jeden Rudolf Hess. Miał tu spędzić jeszcze – wyłącznie w towarzystwie strażników – ponad dwadzieścia lat. Starszy o jedenaście lat od Speera, przeżył go o kilka lat i umarł dopiero w dziewięćdziesiątym czwartym roku życia, w niezupełnie jasnych okolicznościach.

Co ciekawsze, w przeciwieństwie do tryskającego energią, bardzo ruchliwego Speera, Hess niechętnie opuszczał swoją celę. Nie lubił spacerów ani pracy w ogrodzie, a mimo to zadziwiał swego młodszego kolegę i strażników niezwykłą sprawnością fizyczną.

Wiele lat temu przeczytałem Wspomnienia Alberta Speera. Nie byłem nigdy historykiem III Rzeszy, nie musiałem tej książki czytać. W polskim wydaniu opasły tom nie zawierał ani jednej ilustracji. Dzieje nazizmu pokazywano wówczas dość oszczędnie, obrazy i fotografie uważano za niebezpieczne i niestosowne. Pouczające wydawały się raczej proste slogany wyrażające głęboką pogardę.

W bibliotece uniwersyteckiej dostałem na szczęście angielskie wydanie Wspomnień – w twardej okładce i z mnóstwem ilustracji, szkiców, zdjęć. Zobaczyłem dopiero wówczas, jak wyglądały słynne „katedry świetlne” Speera i jak miał wyglądać Berlin, czyli „Germania” po ostatecznym zwycięstwie Hitlera oraz gruntownej przebudowie połączonej z wyburzaniem całych dzielnic.

Na jednej z fotografii gigantyczna Hala Zgromadzeń kontrastowała z mikroskopijną, wielokrotnie mniejszą Bramą Brandenburską. Portret Speera wydawał się natomiast zagadkowy: twarz eleganckiego, przystojnego mężczyzny, która nie była ani twarzą zbrodniarza, ani twarzą romantycznego fantasty, który w połowie XX wieku zamiast typowych osiedli mieszkaniowych chciałby wznosić zamki jak ze snu.

Uważny, dokładny, uprzejmy, doskonale zorganizowany – takim zapamiętali go wszyscy, od współpracowników po strażników więziennych. W otoczeniu Hitlera nie brakowało ludzi demonicznie utalentowanych, a nawet równie dobrze wykształconych. Jednak Speer – i to zauważyli już obserwatorzy i uczestnicy procesu norymberskiego – był w jakiś sposób niepowtarzalny.

Jego wina nie podlegała dyskusji, a on sam – w odróżnieniu od innych nazistowskich dygnitarzy – nie chciał się jej wypierać. Jednak wcale niełatwo było sprecyzować, na czym polegała odpowiedzialność ulubieńca Hitlera, głównego architekta i ministra uzbrojenia. Nie on budował przecież obozy koncentracyjne, a poza tym nie wywołał żadnej wojny i prawdopodobnie nigdy nikogo własnoręcznie nie zabił. Kto lubi przemawiające do wyobraźni porównania, zechce może przypomnieć, że nikt nigdy nie niepokoił architektów pracujących dla Stalina, a budowniczy sowieckich łagrów też pozostaną na zawsze bezkarni.

Wspomnienia Speera są książką ważną i równie cenną jak Historia społeczna III Rzeszy Richarda Grunbergera czy biografia Hitlera pióra Joachima Festa. Obok tych fundamentalnych dzieł można oczywiście postawić jeszcze setki, a nawet tysiące przyczynków, monografii, pamiętników. Trudno to wszystko ogarnąć. Może zresztą nie warto, skoro dzisiejszy świat pozbywa się tak chętnie historii albo tworzy jej uproszczony obraz na nowo.

Dzienniki ze Spandau świadczą, że ich autor starał się nie ulegać emocjom, ale dwudziestoletnia izolacja zrobiła jednak swoje. Zdawał sobie sprawę, że życie bezpowrotnie mu ucieka. Widział, jak rozwijają się kariery zawodowe jego kolegów odbudowujących niemieckie miasta. Głównie dzięki fotografiom obserwował, jak dorastają dzieci (a miał ich aż sześcioro), których nie zdążył dobrze poznać.

Możemy je zobaczyć w czteroipółgodzinnym filmie wyreżyserowanym przez Heinricha Breloera. Łączący dość zręcznie dokument z fabułą Architekt diabła pochodzi z 2005 roku, więc dzieci Speera są tu już starymi ludźmi. Uzdolnione i pracowite, znalazły swoje miejsce w społeczeństwie, które odrzuciło nazizm.

Spotkanie z wolnością okazało się dla ich ojca trudnym doświadczeniem. Speer pewnie miał rację, gdy przytaczał argumenty psychologów, iż długoletnie więzienie w gruncie rzeczy unicestwia jednostkę. Dziesięć lat to wyrok, który moglibyśmy nazwać w miarę humanitarnym. Dłuższa kara równa się praktycznie wyrokowi śmierci.

Nie kwestionując własnej odpowiedzialności ani ciężaru winy, Speer zauważał z goryczą, że zwycięskiej lewicy zawsze wolno było trochę więcej. Nikt nie miał pretensji do Henryka Manna, że wystąpił w obronie stalinowskich zbrodni. Jean Paul Sartre, który całym swym autorytetem popierał komunistyczne reżimy, był postacią co najwyżej kontrowersyjną. Ale nikt nie stawiał go przed międzynarodowym trybunałem.

Diabeł wymyślony przez Tomasza Manna gwarantował artyście techniczną doskonałość, ale już nie popularność czy aplauz krytyki. Z punktu widzenia wymagających twórców zwycięscy politycy mieli do zaoferowania coś więcej: nagrody, zaszczyty, pieniądze, medialny szum, sławę wprawdzie nietrwałą, ale wystarczającą tym, którzy nie marzą już o pomnikach trwalszych od spiżu. A wszystko to – za cenę politycznego poparcia, które częściej brane bywa za nieostrożność niż zbrodnię.

Czy Speer był zbrodniarzem? Czy większym od Dönitza, Funka, Schachta? Trybunał norymberski wykonał swoją niewdzięczną pracę – dopiero niedawno dowiedziałem się, że powieszonego w Norymberdze Jodla później jednak zrehabilitowano, kilkanaście lat po egzekucji. Speer nie składał apelacji, nie czuł się skrzywdzony.

Być może w przyszłości trudno będzie zrozumieć na czym polegała wina architekta i ministra Adolfa Hitlera. Po lekturze Wspomnień i Dzienników ze Spandau wolę myśleć o nim jako o człowieku, który ulega pokusie. Mały Faust, którego nie wiadomo czemu wybiera potężny Mefistofeles.

Bo przecież tyle ich różniło – wiek, pochodzenie, temperament, wykształcenie, nawet smak artystyczny. Speer cenił sobie na przykład pruski klasycyzm, surową architekturę, której twórcy znajdowali największą satysfakcję w zgłębianiu proporcji. Tymczasem Hitler nie lubił Berlina, wolał Wiedeń z jego barokową dekoracyjnością.

Demoniczny urok działał jeszcze w czternastym czy piętnastym roku odbywania kary i Speer nadaremnie usiłował się go pozbyć. Nazywał Hitlera zbrodniarzem, ale jednak porównywał go do Napoleona. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce najbardziej może oryginalna biografia Hitlera pióra Wernera Masera. Pośród wykresów, kopii dokumentów i mało znanych fotografii znajdujemy ciekawy schemat porównujący cechy charakteru Napoleona i Hitlera. Podobieństwa zdecydowanie przeważają, choć niekiedy nazistowski dyktator wypada nawet lepiej.

Hitler umiał być czarujący, kusicielski, miły. Obiecywał, proponował, nalegał. Od czterech tysięcy lat, tłumaczył rozmarzony Hitler, żaden architekt na świecie nie dostał podobnego zlecenia. Kto nie uległby takiej pokusie – zwłaszcza mając dwadzieścia dziewięć lat i całe życie przed sobą? Kto zaprzepaściłby taką szansę? Speer uwierzył. Musiał uwierzyć.

Już po osadzeniu w Spandau usiłował pracować dalej. Kreślił plany przytulnych domków dla strażników, szkicował także budowle nierzeczywiste – zawsze był przekonany, że dziełem sztuki mogą stać się również niezrealizowane nigdy pomysły. Martwił się zupełnie niepotrzebnie, czy znajdzie kiedyś swoje miejsce w historii architektury. Okoliczność, że jego projekty trafią tam w postaci budzącego zdumienie albo zażenowanie przypisu, nie wydawała się natomiast przerażająca.

Utrzymywał zawsze, że do polityki dostał się przypadkiem, zaplątany nieostrożnie w obce sprawy, uwikłany mimo woli w intrygi na szczytach nazistowskiej władzy. Historycy na ogół mu nie wierzyli, choć naprawdę trudno ustalić, kiedy w młodym architekcie obudziła się prawdziwa pasja polityczna. Czy wówczas, gdy wstępował do NSDAP, czy dopiero po spotkaniu z Hitlerem?

Osiągnąwszy zaledwie wiek średni, Hitler rozmyślał wiele o śmierci. Obawiał się, że odejdzie przedwcześnie. Joachim Fest w najbardziej może zdumiewających fragmentach swego dzieła zauważył ogromne podobieństwo między wizją Hitlera a filozofią śmierci wynikającą z dramatów Ryszarda Wagnera. Jednak walkirie XX wieku nie odnajdują już tak łatwo drogi do Walhalli.

Przekroczywszy pięćdziesiątkę, twórca Trzeciej Rzeszy wielokrotnie rozważał ewentualne miejsca swego pochówku. Nigdy nie brał pod uwagę możliwości, że spocznie w Berlinie. Myślał raczej o Monachium, ewentualnie mauzoleum w Linzu, z którego wieży – wyższej niż wieża wiedeńskiej katedry – rozlegałyby się w południe dźwięki symfonii Antona Brücknera.

Siłą rzeczy, musiał więc zastanawiać się także nad wyborem następcy. Do 1941 roku był nim Rudolf Hess, później sprawa wydawała się otwarta. O wpływy rywalizowali zaciekle Himmler, Goering, Bormann. Ostatecznie wybór padł na Goebbelsa jako kanclerza oraz admirała Dönitza, mianowanego prezydentem i naczelnym wodzem. Jednak wcześniej Hitler dawał do zrozumienia, że jego następcą może zostać młodszy o szesnaście lat Albert Speer.

W więzieniu spotkali się zatem trzej pretendenci. Ten były, już wyłączony z gry, Rudolf Hess skazany na dożywocie. Kilkudniowy przywódca III Rzeszy, Karl Dönitz, od czasu do czasu skłonny przypominać sobie i otoczeniu, że w gruncie rzeczy, mimo uwięzienia, pozostaje wciąż głową państwa. I wreszcie Albert Speer, którego politycznych aspiracji nie traktowano chyba poważnie.

Całkiem niesłusznie, bo jako świetny organizator byłby zapewne doskonałym przywódcą w czasach pokoju. I partnerem dla mocarstw zachodnich, gdyby zamiast dążenia do bezwarunkowej kapitulacji zdecydowały się w którymś momencie na zawarcie pokoju z Niemcami. Pamiętajmy, że organizatorzy zamachu z 20 lipca widzieli Speera jako ministra w nowym rządzie.

W więzieniu ów legendarny talent organizacyjny miał zapewne nazbyt skromne pole do popisu. Zbierał materiały do projektowanej książki o roli okna i światła w architekturze. Swoje rozważania zamierzał oprzeć na starannych obliczeniach. Zawsze wierzył, że wszystko da się wyliczyć i wymierzyć, w celi trzymał suwak logarytmiczny. Może istotnie miał rację?

Gabinet Hitlera, który osobiście zaprojektował, liczył siedemset metrów kwadratowych! Cela, w której przyszło mu spędzić dwadzieścia lat życia, niewiele ponad osiem metrów.

Nieustannie zapracowany, rysował, projektował, obliczał. Kiedy był ministrem, a nawet tylko architektem, niewiele rzeczy robił własnoręcznie. W trzecim roku uwięzienia przyszył sobie pierwszy guzik. Wymalował więzienny korytarz, kłócąc się o kolor farby: powinien być żywszy, mniej przygnębiający. Prał ubranie, kopał ogródek, spacerował licząc starannie kroki. Przemierzył w ten sposób ponad trzydzieści tysięcy kilometrów. Nie opuszczając więziennego dziedzińca, wyobrażał sobie, że wędruje poprzez Chiny, Indie, Meksyk... Ale przede wszystkim pisał – zwykle na skrawkach papieru toaletowego.

Zapisanie dwudziestu tysięcy stron było zapewne o wiele prostsze niż przerzucenie ich przez więzienne mury. Autor Dzienników ze Spandau mówi na ten temat bardzo powściągliwie. Dyskrecja i perfekcja w działaniu zawsze mu się przydawały, poprzestaje więc na lakonicznych aluzjach. Wygląda jednak na to, że prawie nic nie zaginęło, a to co przepadło, udało się na szczęście odtworzyć.

Speer dowiedział się niedługo przed wyjściem na wolność, że wszystko, co oficjalnie zapisali każdego dnia więźniowie Spandau, wędrowało wieczorem do pieca. Coś podobnego działo się już w drugim roku uwięzienia, gdy zatrudniono skazańców przy klejeniu kopert, a później posłużyły one jako podpałka.

Może była w tym jakaś logika, ale ja nie zniszczyłbym ani świstka.

==================================================================

Albert Speer, „Dzienniki ze Spandau”, Wydawnictwo Magnum, 2010.

 

Przegląd Polityczny nr 101


Artykuł ukazał się w numerze:

Przegląd Polityczny nr 101

15,00 zł (z VAT)

do koszyka