Seks, przesądy i moralna krucjata 24.08.2010 10:48

Michał Warchala
Seks, przesądy i moralna krucjata

Recenzja książki:
Roger Scruton, Pożądanie. Filozofia moralna życia erotycznego, tłum. Tomasz Kuniński, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2009.

WE WSPÓŁCZESNYCH zachodnich społeczeństwach wszelkie zagadnienia związane z seksualnością czy intymnością zostały upolitycznione na tyle dogłębnie, że można się zastanawiać, czy nieuprzedzona dyskusja na ich temat jest jeszcze w ogóle możliwa. Paradoksalnym efektem triumfu idei seksualnego wyzwolenia stał się swego rodzaju intelektualny paraliż: seks jest wszędzie i właściwie można o nim powiedzieć wszystko, ale pogłębiona refleksja dotycząca „rzeczy samej” utyka zwykle na polu minowym politycznej poprawności oraz społecz nych, politycznych i prawnych założeń. Seksualność, z pozoru wszech obecna, znika znajdując co najwyżej schronienie w niszy „naukowości” bio logicznej czy genetycznej. Poza ową niszą kwestie związane z seksem peł nią funkcję poligonu doświadczalnego rozmaitych ideologii.
Konstatacje takiego stanu rzeczy pojawiały się na Zachodzie już od dość dawna – i to bynajmniej nie na kon serwatywnej prawicy, która nigdy do końca nie pogodziła się z seksualną rewolucją lat sześćdziesiątych. O zaniku symbolicznych umiejętności w dziedzinie nie tylko dyskusji o sprawach seksu, ale i samych zachowań seksual nych, znakomicie pisali autorzy o le wicowej proweniencji, tacy jak Chri stopher Lasch (The Culture of Narcissism, 1989) czy Richard Sennett (Upadek człowieka publicznego, 2009). Na szkody, jakie wyrządza nadmierna ide ologizacja sfery seksualnej zwracali też uwagę choćby amerykańscy liberalni komunitarianie. Ich zdaniem ujmo wanie kwestii seksualnych w języku jednostkowych uprawnień i politycz nych postulatów powoduje, że wo bec problemów związanych z intym nością jesteśmy w gruncie rzeczy bez radni, miotając się między totalnym permisywizmem a równie totalną (sa mo)kontrolą zachowań, mającą za każdym razem wyraźny polityczny pod tekst (por. np. książkę Amitaia Etzio niego The New Golden Rule. Community and Morality in a Democratic Society, 1996). Podobnie powieści Michela Houellebecqa czy Johna M. Coetzee’ego przedstawiają wszystkie dylematy dzisiejszych spadkobier ców seksualnej rewolucji, ofiar późno nowoczesnej nudy, zdegustowanych i przerażonych wtórną, tym razem po lityczną, tabuizacją seksu.
W polskim kontekście tego rodza ju refleksje wciąż jeszcze brzmią dość egzotycznie. Wszechobecne wydaje się przekonanie, że „nasza chata z kraja” – że siermiężny i purytański w swej isto cie komunizm oszczędził nam wstrzą su seksualnej rewolucji, a dziś gorset wspieranej przez Kościół konser watywnej moralności zabezpiecza nas z kolei przed mękami narcystycznego epilogu owej rewolucji. Taki pogląd jest zapewne ułudą, niemniej trudno zaprzeczyć, że ideologizacja i politycz na „operacjonalizacja” sfery seksual nej osiągnęła w Polsce – przynajmniej w porównaniu z Zachodem – skrom ne rozmiary. Feminizm pozostaje modną zabawką wielkomiejskich elit, któ ra nie znalazła na razie głębszego za korzenienia w polityce; nieco większy sukces odniósł ruch gejowski, ale i on jest zaledwie bladym cieniem swe go zachodniego odpowiednika. Poli tyczna poprawność intensywnie pro mowana w niektórych sferach, akurat w odniesieniu do seksu ma wyraźnie konserwatywny charakter. Monstrum rozpasania rzekomo zagarniające kraj w swoje władanie chwilowo wydaje się żyć jedynie w głowach konserwa tywnych publicystów. Ich lęki i kryty ki stwarzają w jeszcze większym stop niu wrażenie mocno wtórnego „to waru importowanego” niż pojawiają ce się po drugiej stronie barykady usil ne nawoływania do „emancypacji” czy ataki na „represywną moralność”.
Tym bardziej pouczająca może być lektura Pożądania Rogera Scrutona, wydanego niedawnowPolsce z sięgają cymniemal ćwierć wieku opóźnieniem (oryginał ukazał się w 1996 roku) i sta nowiącego jedną z najbardziej zaawan sowanych filozoficznie konserwatyw nych krytyk współczesnej zachodniej moralności seksualnej. Scruton stawia sobie ambitne zadanie: chodzi mu nie tylko o odrzucenie „libertariańskiego”, jak sam to nazywa, dyskursu o spra wach seksualnych, ale i o skonstruowa nie swego rodzaju nowego teoretycz nego modelu, umożliwiającego roz trząsanie tych zagadnień bez popada nia w którykolwiek z modnych, nowo czesnych „zabobonów”, do których je go zdaniemnależy nie tylko emancypa cyjny dyskurs lewicy, ale i zabarwiony scjentystycznie język psychologii, psy choanalizy i seksuologii, a także wszel kie myślenie traktujące seksualność ja ko zwierzęcy bądź „amoralny” aspekt ludzkiej natury (czyli, tak naprawdę, mniej więcej trzy czwarte filozoficznej tradycji Zachodu, od Platona poczyna jąc...). Konserwatywny zwrot ma więc być również niejako ponownym odna lezieniem seksualności w stanie czy stym, uwolnionej od jarzma dyskursów, które, jak twierdzi brytyjski filozof, raczej zaciemniają jej naturę niż umoż liwiają pogłębioną refleksję nad nią.
Biorąc pod uwagę opisany wcześ niej późnonowoczesny kłopot z seksu alnością i sposobami mówienia o niej, tak sformułowanemu zadaniu można by jedynie przyklasnąć jako odświe żającemu intelektualnie, wręcz rewo lucjonizującemu nasze myślenie eks perymentowi. Problem w tym jednak, że połączenie filozoficznego namysłu z mocnym i sformułowanym w znacz nej mierze a priori ideowym przesła niem skazuje projekt Scrutona na klę skę już w punkcie wyjścia. Filozofia usi łująca świadomie wspierać taką wła śnie zwartą ideologiczną „agendę”, fi lozofia rzucająca oskarżenia i anate my dość szybko staje się karykaturą sa mej siebie, kolejną jeremiadą porusza jącą się w dobrze znanych publicystycz nych koleinach. Kaznodziejski ferwor ujawniający się tu i ówdzie skłania do uproszczeń i sam niejako dezawuuje subtelne filozoficzne argumenty mają ce w pierwotnej intencji stanowić jego uzasadnienie. W rezultacie otrzymuje my książkę wewnętrznie pękniętą, któ ra robi wrażenie, jakby autor nie bardzo mógł się zdecydować, co chce na pisać: błyskotliwy pamflet czy akade micki traktat. Tak naprawdę nie osiąga ani jednego, ani drugiego celu: książka jest mimo wszystko zbyt powierzchow na, zbyt łatwo rozprawia się z poważ nymi trudnościami, by przekonać czy telnika oczekującego pogłębionej filo zoficznej dyskusji, i zarazem pozostaje zbyt zawiła, by dostarczać poręcznych argumentów w bieżących sporach.
A szkoda, bo problem w niej posta wiony wydaje się arcyciekawy: jak opi sać pożądanie seksualne i jego konse kwencje „fenomenologicznie” – z per spektywy podmiotu i jego intencji? Jak połączyć ową świadomą intencjo nalność z cielesnością, która w akcie seksualnym, przynajmniej na pierw szy rzut oka, obejmuje całkowitą wła dzę nad podmiotem i niemal dopro wadza do jego „zaniknięcia” w abso lutnej rozkoszy. Czy takiego filozoficz nego opisu można w ogóle dokonać w sposób spójny? Scruton twierdzi, że tak, a spora część jego analiz stanowi dość przekonujący dowód na popar cie tego twierdzenia. Założeniem fenomenologicznego opisu jest pogląd, że pożądanie – czy szerzej: seksualność jako taka – stanowi wyłącznie zjawisko, a zatem, by ją zrozumieć, nie moż na posługiwać się pojęciami w rodza ju „instynktu” czy „popędu”, ani tłu maczyć seksualnej przyjemności „po budzeniem narządów” czy innymi zja wiskami z poziomu czysto biologicz nego. Seksualne pragnienie i seksual ny akt, wskazuje Scruton, mają cha rakter „paradoksalny” i po części „ta jemniczy”: ich istotą jest „ucieleśnie nie” ja i podmiotowej intencji, spra wiające, że ciała dwojga osób stają się dla siebie nawzajem czymś niepowta rzalnym, zostają przekształcone w coś „dziwnego, cennego, w coś, co można posiąść”. Ciało staje się „żywym znakiem” ducha, który je wypełnia, zaś cielesne spełnienie staje się zarazem spełnieniem w pełni indywidualnym i „podmiotowym”. Seksualna przyjem ność jest specyficzną „przyjemnością intencjonalną” związaną z konkretnym cielesno-duchowym obiektem i nie możliwą do osiągnięcia w żaden inny, „zastępczy” sposób.
Scruton idzie tu dobrze znaną filozoficzną ścieżką wytyczoną niegdyś przez Sartre’a, a zwłaszcza Maurice’a Merleau-Ponty’ego w jego studiach nad cielesnością, zawartych w Feno Fenomenologii percepcji. Zaletą jego książ ki jest to, że wmontowuje owe idee, w oryginalnym wydaniu miejscami dość niejasne, w elegancki schemat, wyrażony precyzyjnym językiem bry tyjskiej filozofii analitycznej. Jego wła sne zamierzenia są jednak (należało by dodać: niestety) bardziej ambit ne. Potraktowanie pożądania i seksu alności jako fenomenów z pograni cza cielesności i duchowości pozwala, po pierwsze, odrzucić wszelkie próby ich naukowego opisu jako w istocie niszczące dla samego zjawiska, w któ rym komponent tajemniczości i para doksalności (związany z „ucieleśnie niem” jednostkowej intencji) pozosta je konstytutywny i niezbywalny; oraz, po drugie, bronić na gruncie filozo ficznym związku między seksualnością a moralnością – tego, że seksualność pozostaje zakorzeniona w moralności, co wyrażają takie pojęcia jak wstyd czy przyzwoitość.
Pożądanie jest tyleż analizą seksu alności, co przede wszystkim projek tem konserwatywnej moralności sek sualnej, mającym umożliwić filozoficz ną krytykę (czy raczej filozoficzne po tępienie) zjawisk perwersji, niewier ności małżeńskiej, pornografii, a na wet homoseksualizmu. Wspomniane wcześniej odrzucenie „naukowych” opisów seksualności, takich jak psy choanaliza czy XX-wieczna seksuolo gia, stanowi jedynie środek do te go celu. „Naukowy” punkt widzenia z zasady odrzuca takie pojęcia, jak moralność czy moralna odpowiedzial ność, traktując seksualność jako zjawi sko „zwierzęce”, do którego z defini cji nie da się zastosować żadnych mo ralnych kategorii. W tym sensie „na ukowe” analizy seksualności są nie tylko przykładem „współczesnych za bobonów”, ale i pośrednio przyczyną permisywnego rozpasania charaktery stycznego – o czym Scruton przekonu je nas nieustannie – dla współczesnej liberalnej kultury.
I tu, chciałoby się rzec, tkwi problem. Zawarty w Pożądaniu opis seksualności musi wydać się mocno wątpliwy, by nie rzec anachroniczny z punktu widzenia filozofii, która przy swoiła pewne wizje bądź koncepcje Freuda i jego następców. Czy można opisywać seksualność ignorując kom pletnie, niemal ostentacyjnie poziom nieświadomości – nieświadomych fan tazji i scenariuszy pragnienia, igno rując subtelną oscylację między po ziomem nieświadomym i świadomym, sprawiającą, że seksualny akt staje się swoistą grą masek, a na jego przebieg mają istotny wpływ „zakodowane” na poziomie nieświadomym wrażenia czy urazy z przeszłości? Zapewne nie, ale każdy kto zgłasza tego rodzaju zastrze żenia, z perspektywy Scrutonowskiego konserwatyzmu niemal automatycznie musi zostać zdemaskowany jako piewca „współczesnych zabobonów”, po głębiających moralną malaise naszych czasów. Filozofia wmontowana w pro jekt moralnej krucjaty staje się zaiste niezwyciężonym narzędziem elimino wania przeciwników...
A przecież bez trudu można wykazać, że utożsamianie psychoanalizy w jej wersji Freudowskiej wyłącznie ze zgubnym naukowym obiektywizmem i „biologizmem” w podejściu do sek sualności, a tym bardziej z moralnym permisywizmem opiera się na zwykłym nieporozumieniu, na imputowa niu Freudowi grzechów, popełnionych co najwyżej przez jego mniej pojętnych naśladowców. Miał on, owszem, wyraźne scjentystyczne zapędy, ale to nie one są w jego dziele najważniejsze i nie one przesądzają o jego miejscu w dziejach ludzkiej myśli. Krytykował współczesną mu seksualną moralność, ale psychoanaliza w jego wydaniu – jeśli przełożyć ją na kategorie praktycz ne – jest niezmiernie konsekwentną obroną tradycyjnego, mieszczańskiego modelu seksualnych relacji. To wła śnie ona stanowi wedle Freuda normę seksualnej dojrzałości. Freud nie na daje się ani na pozytywnego bohatera emancypacyjnej opowieści o seksual nym wyzwoleniu, ani – z tego samego powodu – na szwarccharakter konser watywnej narracji opisującej zniszcze nie tradycyjnych społecznych norm re gulujących zachowania seksualne.
Scruton najwyraźniej zdaje sobie sprawę z tego niejednoznacznego usy tuowania Freuda i oryginalnej wersji psychoanalizy, bo – nie zadowala jąc się tylko moralną bądź ideologicz ną anatemą – poświęca osobny roz dział ich krytyce. Jest to jednak kryty ka na tyle powierzchowna i zarazem na tyle dogmatyczna w tonie, że ocie ra się niemal o śmieszność. Wystarczy powiedzieć, że rekonstrukcja Freu dowskiej nauki o seksualności oparta jest tu właściwie na jednym, słow nie jednym dziele Freuda, czyli Trzech rozprawach z teorii seksualnej, książce stosunkowo wczesnej, której twier dzenia były później poddawane wie lu rewizjom i zmianom. Krytyka Scru tona sprowadza się do zarzutu „nie spójności”: Freud rozumiał „intencjo nalną” naturę seksualności, ale, kieru jąc się oświeceniowym zamiłowaniem do naukowości i niechęcią do trady cyjnej moralności, przedstawiał ową naturę w „obiektywistycznym” języku mechaniki czy biologii. Stąd wszyst kie jego kluczowe pojęcia – popęd, libido itd. – są wewnętrznie pęknię te: wedle Scrutona trudno zrozumieć, w jaki sposób seksualność rozumia na jako sfera uczuć, intencji i fan tazji ma być równocześnie efektem mechanicznego pobudzenia narządów płciowych. Osobliwy to zarzut, bo każ demu, kto w miarę uważnie czytuje Freuda właśnie owa „niespójność” – z której Freud zresztą w pewnym mo mencie zaczął sobie doskonale zdawać sprawę – wyda się zapewne najbar dziej fascynująca. Freudowski popęd nie jest po prostu zwierzęcym instynk tem ze sztucznie doklejoną „intencjonalną” nadbudową, lecz paradoksal nym tworem z pogranicza natury i kultury, w którym – jak doskonale pokazał to choćby Paul Ricoeur – łączą się nie rozerwalnie poziom biologicznej ener gii i poziom sensu. Freudowska seksu alność to z kolei przede wszystkim sfe ra tworzonych nieustannie fantazma tycznych scenariuszy spełnienia, któ re jedynie „korzystają” z energii po budzenia stref erogennych. Cała psy choanaliza Freuda zaś to nie poro niona nauka próbująca zniszczyć ob szar esencjonalnie ludzkich zachowań za pomocą, jak ujmuje to Scruton, języka nienawiści do aktu seksualnego [sic!], lecz filozofią życia usiłującą w pełni wyartykułować niejednoznacz ną pozycję człowieka w kontinuum na turalnego wszechświata. Aby to stwierdzić, nie trzeba być ortodoksyjnym wy znawcą psychoanalizy – jako teorii czy tym bardziej praktyki terapeutycznej – ale jedynie w miarę uważnie i z odro biną otwartości poczytać Objaśnianie marzeń sennych, Popędy i ich losy, Żałobę i melancholię albo Poza zasadą przyjemności.
Pytanie tylko po co? Wszak w kultu rowym konserwatyzmie `a la Scruton nie chodzi w gruncie rzeczy o Freu da ani o psychoanalizę. Nie chodzi na wet o seksualność i zgłębianie jej we wnętrznych zawiłości. Chodzi przede wszystkim o potępienie nowoczesno ści i jej „libertariańskiej moralności”. Od tego Scruton zaczyna i na tym koń czy: reszta stanowi ciekawą, ale tylko fasadę. Ten konserwatywny gestwo bec czasów nowożytnych nie jest „dia lektyczny”, ale raczej czysto mecha niczny: nie musimy śledzić „dialektyki oświecenia” czy sprzeczności oświece niowych idei i po tej zaproponować w ich miejsce coś nowego. Wystarczy, że dokonamy prostego odwrócenia i za obiektywną prawdę uznamy to, co oświecenie – i jego spadkobierca, czyli liberalizm – uznało za przesąd. Wystar czy powrót do przeszłości, która błysz czy tym jaśniejszym blaskiem, im bar dziej się od niej oddalamy. Że omija się w ten sposób szerokim łukiem istot ny problem dzisiejszego „dyskomfor tu” związanego z seksualnością, dys komfortu wynikającego w istocie nie z braku, lecz z nadmiaru moralności – ubranej tym razem w polityczne szaty, ale nie mniej przez to inwazyjnej? Po wrót do przeszłości, nawet tej całkowi cie wyimaginowanej ma jedną nieza przeczalną zaletę: jest o niebo łatwiej szy, pozwalając uniknąć niebezpiecz nych niejednoznaczności.

Przegląd Polityczny nr 101


Artykuł ukazał się w numerze:

Przegląd Polityczny nr 101

15,00 zł (z VAT)

do koszyka